Cudowne uzdrowienia i
inne nadnaturalne zjawiska przez
szereg lat były
codziennością w służbie A. A. Allena. Na jednej z krucjat w Los Angeles w latach pięćdziesiątych nad namiotem
ewangelizacyjnym, na oczach wielu ludzi pojawił się płomienny krzyż, innym razem
na dłoniach setek osób podczas kazania wygłaszanego przez Allena wystąpił tzw.
„cudowny olejek". Inne doniesienia mówiły o tym, jakoby
krzyż dostrzeżono na jego czole. Według Allena był to znak, o którym była mowa w
księdze Ezechiela 9,4, gdzie posłany przez Boga anioł naznaczał na czole tych
wszystkich, którzy do Niego wołali z powodu
zła na ziemi. Oddanie się Bogu powinno
wyglądać tak" - głosił Allen - „jakbyśmy oddawali Mu kartkę czystego papieru z
naszym podpisem u dołu, mówiąc: Wypełń ją tym, czym chcesz ...".
A. A. Allen - człowiek pełen kontrowersji
i paradoksów
Jednocześnie media i niektóre kręgi chrześcijan
podejrzewały go o chroniczny alkoholizm. W 1955 roku
trafił za kratki za jazdę samochodem pod wpływem
alkoholu. Piętnaście lat później, gdy znaleziono jego
martwe ciało w hotelu w San Francisco w jego krwi było 36 promila alkoholu...
Whisky zamiast mleka
Asa Alonzo Allen urodził się 27 marca 1911 roku w
prowincjonalnych okolicach Sulphur Springs w stanie Arkansas. Wzrastał w biedzie jako jeden z siedmiorga rodzeństwa. W jego rodzinie alkohol lał się niemal strumieniami. Ich głównym źródłem utrzymania była bimbrownia. Jego matka piła nawet wtedy, gdy była w ciąży. Gdy jako niemowlę nie przestawał płakać, podała
mu buteleczkę z alkoholem wymieszanym z mlekiem. Awan 11117, bijatyki i pijaństwo to była
codzienność w domu Allenów.
Allen po raz pierwszy uciekł z domu w wieku 11 lat. Trzy lata później na dobre
opuścił swój dom. Włóczył się z grupą nastolatków po południu USA.
Pracował przy zbiorze kukurydzy, kopał rowy,
jednym słowem przyjmował każdą
propozycje pracy. Już wtedy miał renomę
„rozrywkowego" człowieka. Alkohol, tańce i drobne przestępstwa wypełniały jego nastoletnie życie. W wieku 21 lat Allen był prawdziwym wrakiem.
Trzęsły mu się ręce, miał problemy z pamięcią i dokuczały mu bóle w klatce piersiowej. Lata tułaczki,
niedożywienia i nadużywania alkoholu dały o sobie znać.
Wszystko to zmusiło go do zmiany trybu życia.
Postanowił wrócić na farmę swojej matki, która po drugim rozwodzie przestała pić i doprowadziła rodzinny majątek do jako takiego porządku. Allen wkrótce przebudował bimbrownię swojego ojca w wiejską tancbudę.
W tym samym czasie na krańcu tej samej ulicy, niejaki brat Hunter otworzył niewielką kaplicę w swoim własnym domu, z myślą o organizowaniu tam zielonoświątkowych nabożeństw. Jak się wkrótce okazało wieczorne, mocno zakrapiane alkoholem potańcówki u Allena, były większą atrakcją dla okolicznej młodzieży. Były one również powodem wielu bezsennych nocy w domu brata Huntera. Lecz jak się wkrótce okazało nie należał on do tych, którzy poddają się bez walki. Dlatego tematem numer jeden na spotkaniach przez niego prowadzonych była mniej więcej taka modlitwa: „Panie Boże zamknij tę tancbudę Allena! Jeśli jest to możliwe to zbaw go Panie. Jeśli nie będzie chciał poddać się Tobie, to przepędź go stąd albo nawet zabij go! W taki czy inny sposób, prosimy Cię Panie zamknij tę tancbudę"!
Pierwsza miłość
Latem 1934 roku Allen wybrał się z jednym ze swych „kumpli po fachu" załatwić kilka spraw do sąsiedniego miasta. Po drodze
natrafili na niewielki, wiejski kościół metodystyczny. Poprzez uchylone drzwi wydobywały się z niego radosne dźwięki: głośny śpiew, oklaski i taniec.
Allen był w szoku, ci ludzie świetnie
się bawili... a przecież dotychczas słysząc
słowo „kościół" stawał mu przed oczami
obraz ludzi pogrążonych w zimnej kontemplacji, pełnych smutku i zadumania. Postanowił przyjrzeć się temu z bliska. Gdy wszedł do środka spotkał go jeszcze jeden szok: kaznodzieją była kobieta! Wyglądała jak anioł,
ubrana w białą suknię, była osobą o nieskazitelnej
urodzie. AHen był zakłopotany, nie mógł oderwać od niej oczu, choć z
drugiej strony sam nie chciał być przez nią
zauważony. Dlaczego? Otóż po raz pierwszy w życiu ruszyło go sumienie, czuł się brudny i grzeszny.
Całą noc toczył w sobie
bój, pragnął pokoju, którego doświadczył
kilka godzin wcześniej . Przemógł się
i wieczorem następnego dnia zjawił się na nabożeństwie w tym samym wiejskim zborze metodystycznym. Wsłuchiwał się w każde słowo kazania i śpiewanych
pieśni. Głosząca ewangelistka słyszała
o jego wyczynach. Dokładniej mówiąc
słyszała o nich cała okolica. Dlatego nie mogła uwierzyć własnym oczom, gdy wśród osób chcących wyznać Jezusa swym Panem zjawił się AHen.
„Naprawdę chcesz być zbawiony"? -
spytała. „No pewnie. Przecież po to tu
przyszedłem" -odpowiedział.
Ku zdziwieniu całego zgromadzenia bez wahania
padł na swe kolana prosząc Jezusa Chrystusa,
aby został Jego Panem. To był nowy
początek jego życiu. Skończyły się całonocne popijawy, śpiewy i tańce w bimbrowni Allena. Ale chyba najwięcej powodów do świętowania miał
brat Hunter - w końcu Bóg wysłuchał jego modlitw!
Jakiś czas później AHen
wiedziony ciekawością zajrzał na jedno z tych
zielonoświątkowych nabożeństw. Po tym jak wyszedł, całe zgromadzenie modliło się o to, aby został wypełniony Duchem Świętym. Jego metodystyczny
pastor, po tym jak AHen wspomniał o swej wizycie u brata Huntera,
powiedział mu, że zielonoświątkowcy są „od
diabła”, ponieważ mówią językami. To, co usłyszał wywołało w nim jeszcze większą ciekawość. Bardzo chciał
usłyszeć modlitwę w językach. Miesiąc
później nie tylko słyszał, lecz sam
modlił się językami. W ciągu kilku tygodni narodził się na nowo i przyjął chrzest w Duchu Świętym, stając się zupełnie innym człowiekiem. Duchowa rzeczywistość pochłaniała go całkowicie. Wszystko,
czego pragnął, to coraz głębsza więź
z Bogiem.
Druga miłość
Wielka susza w 1934 roku sprawiła, że cały stan Missouri gdzie mieszkał z matką, pogrążył się w bezrobociu i biedzie. Szukając pracy Allen dotarł aż do stanu
Kolorado, kilkaset kilometrów od swego domu. Bardzo
brakowało mu społeczności z wierzącymi. Pewnego wieczora hulający wiatr
przywiał wprost pod jego nogi jakąś starą
gazetę.
Gdy ją podniósł okazało się, że jest to „Bridal Cali" wydawany przez Foursąuare Church, kościół prowadzony
przez Aimee Semple McPherson.
Jak tylko dotarł na
ranczo spytał swoich współpracowników, czy
nie znają przypadkiem kogoś, kto uczęszczał do Kościoła Foursquare.
Odpowiedzieli mu, że być może jedna z
kobiet mieszkających w pobliżu ma z tym coś wspólnego. Jeden z nich podśmiewając się, dodał: „Wydaje jej się, że jest powołana do głoszenia
ewangelii..." Niedługo potem AHen
poznał Lexie Scriven, bezkompromisową chrześcijankę, która postanowiła
poświęcić swoje życie głoszeniu
ewangelii. Bardzo szybko stali się
przyjaciółmi, razem studiowali Biblię, coraz bardziej zbliżając się do
siebie. Po kilku miesiącach znajomości zdali sobie sprawę, że się w sobie
zakochali. Pobrali się 19 września 1936 roku.
Pragnęli tylko jednego: jak
najszybciej przystąpić do pracy ewangelizacyjnej.
Cena za pełną Bożą moc
Bohaterami Allena byli Dwight L. Moody i Charles Finney. Pierwsze wygłoszone przez niego kazanie było oparte na
nauczaniu tych dwóch mężów Bożych. Początki były
bardzo trudne, choć oboje byli gotowi zapłacić każdą cenę za to, aby zrealizować swoją wizję. Po kilku latach
pracy ewangelizacyjnej zaproponowano
Allenowi stanowisko pastora w kościele Tower Memoriał Assemblies of God
w miejscowości Holly w stanie, Colorado.
Właśnie wtedy rozpoczął się w jego życiu okres
poszukiwania odpowiedzi na pytania dotyczące Bożej
mocy. „Panie" - wołał w modlitwie Allen - „dlaczego nie mogę uzdrawiać chorych? Dlaczego nie mogę czynić cudów w Twoim imieniu? Dlaczego nie mam w swojej służbie takich manifestacji jak Piotr i Paweł?". W swej determinacji postanowił, że nie opuści
komory modlitewnej aż do chwili,
gdy usłyszy Boży głos. Zostawiając klucz po
drugiej stronie drzwi poinstruował swoją żonę, aby pod
żadnym pozorem ich nie otwierała, nawet gdyby
o to błagał. Choć mijały długie godziny nie poddawał się diabłu i swemu
ciału. I osiągnął swój cel. Jak sam to
opisał: „... nagle zrozumiałem, że ta światłość, która coraz intensywniej spowijała moją komorę modlitewną była Bożą chwałą! Boża obecność była
tak realna i potężna, że czułem się
tak jakbym miał za chwilę wyzionąć ducha. Próbowałem Go ujrzeć i
jednocześnie się bałem... Nagle usłyszałem Jego głos, jakby dźwięk gwałtownego wiatru. To był Bóg! Mówił do mnie! To
była ta cudowna odpowiedź, której
szukałem tak wytrwale i na jaką
czekałem od momentu mojego nawrócenia w wieku 23 lat. W obecności Bożej czułem
się jak mały pyłek na szczycie sięgającej nieba skały. Czułem, że nie
jestem godny tego, aby słyszeć Jego głos,
choć wiedziałem, że On przemawia do
mnie, dlatego, że tego potrzebuje, a nie dlatego, że jestem tego godny... Bóg mówił do mnie z szybkością przekraczającą ludzkie możliwości,
było tego tak wiele, że nie potrafiłem
tego w żaden sposób ogarnąć swoim umysłem. Nie przypuszczałem, że Bóg
będzie mówił do mnie w taki sposób i że da mi tak długi spis żądań. Nawet nie pomyślałem o tym, że w naszym
życiu było tak dużo rzeczy, które się Panu nie podobały ...". Cała ta niesamowita konwersacja Allena wydana
została później w postaci książki „Cena za pełną Bożą moc". Opisał w niej 13 punktów, które tego dnia otrzymał
od Boga.
„Dopóki Jezus był zwyczajnym cieślą w Nazarecie" -pisał Allen - „nie był ani znienawidzony, ani prześladowany. Ale gdy tylko zaczął czynić wielkie
rzeczy, zaczęli Mu złorzeczyć
nazywając Go Belzebubem, największym z diabłów i
starali się go zabić. To prześladowanie trwało
trzy i pół roku i zostało ukoronowane przybiciem do krzyża . Także i
ciebie nie spotka żaden opór, ani
prześladowanie dopóki pozostaniesz, jak
to świat określa „normalnym" chrześcijaninem. Lecz gdy tylko sięgniesz
głębiej, gdy weźmiesz Bożą obietnicę i
będziesz czynił rzeczy wykraczające
poza normalność, spotkasz się z prześladowaniem. Mogłoby się wydawać, że cała ta nienawiść wypływa od ludzi, ale w rzeczywistości jest ona
kierowana ku nam przez szatana,
wielkiego generała wojsk
nieprzyjacielskich. Używa on wszelkich dostępnych mu środków od ataku wręcz, aż do zdrady w naszym własnym obozie...".
Allen uzewnętrznił na
kartach tej książki moc postu i modlitwy. Jak
sam pisał, to właśnie modlitwa jest „źródłem cudów i zarazem cudem w samym sobie". Podał on w tym miejscu niezwykle dobitny przykład Jezusa,
który co jakiś czas znikał gdzieś na odludziu, poświęcając się modlitwie. Tam też przyszedł, chcący Go wydać,
Judasz Iskariota. Nawet on wiedział
gdzie najłatwiej można było spotkać Jezusa. Kolejną rzeczą, której Allen
poświęcił wiele miejsca w swej książce był
grzech. „Zwykle nie korzystamy z
rzeczy, które do nas nie należą" - pisał. „Bóg używa rzeczy, które zostały Mu wcześniej
ofiarowane, rzeczy poświęconych. Czy
chcesz, żeby Bóg mógł cię użyć? Jeśli
tak, musisz ofiarować Mu swoje ciało. Ciało, które nie zostało w pełni oddane Bogu bywa w mniejszym,
bądź większym stopniu opanowane przez diabła, albo przez nasze ,ja". „Ofiara miła" musi być święta i należna
tylko Jemu... Przyniesiona Bogu ofiara
zanieczyszczona świeckimi zwyczajami i grzechem jest gorsza od wieprza, którego ofiarował na poświęconym ołtarzu
Jerozolimie, Epifam. Nie będzie
przyjęta. To, co Jemu należne nie może
być przynoszone tylko w niedzielę lub na wieczorne spotkanie modlitewne, ale we
wszystkie z siedmiu dni i nocy
tygodnia".
W
innym miejscu pisał: „Doświadczyłem w czasie moich misyjnych podróży oraz pracy kaznodziejskiej, że większość ludzi
posiada umiłowane grzeszne zachcianki,
ukochane grzechy, które pieszczą i przez długie lata
pielęgnują. Musi myje odrzucić, jeśli chcemy zakosztować nagrody zwycięstwa... Jeżeli Bóg mówi do ciebie, chociaż, ten głos jest na razie cichy, usłuchaj Go. Grzechy, które
odgradzają człowieka od Boga nie zawsze muszą być wielkie i głośne, mimo to okradają człowieka z najkosztowniejszych rzeczy, które Bóg dla niego przygotował".
Allen nie sięgał tutaj po potępienie, mówił wprost o tym, że jedynym rozwiązaniem jest zwrócenie się do
Pana i nazwanie swoich „słabości"
grzechem, nawet jeśli sprawiają one
wrażenie tak małych, że nawet sam Bóg wydaje się ich nie dostrzegać. „Dlaczego" -pytał - „decydujemy się
na pozostanie tylko karzełkami, skoro w
Bożym zamyśle jesteśmy przeznaczeni do tego, aby być olbrzymami"?
Pierwszy cud
Gdy Allen opuścił swą
komorę modlitewną nie musiał nic mówić, jego
żona, Lexie wyczytała to z jego twarzy -w końcu dostał odpowiedź! Tego wieczora razem, płacząc dziękując Bogu, wczytywali się w powierzoną im
listę. Niedługo potem opuścili
prowadzony przez nich kościół oddając
się ewangelizacji. W czasie krucjaty w stanie Missouri na każdym ze spotkań
pojawiał się pewien górnik,
który oślepł w wyniku eksplozji. Każdego wieczora siadał i słuchał słowa, aż
pewnego dnia znalazł się w tłumie
ludzi, którzy wyszli do przodu po uzdrowienie. Allenowie zaczęli modlitwę od ludzi stojących najbliżej,
niewidomy górnik był na samym końcu. I
zaczęły dziać się cuda. Pojawiały się
kolejne świadectwa ludzi uwolnionych od bólu głowy, przeziębienia, byli też tacy, którzy odzyskiwali słuch, co cała sala przyjmowała z entuzjazmem.
W
pewnym momencie Allen poprosił tych wszystkich, którzy mieli wiarę w uzdrowienie tego niewidomego, aby wyszli do przodu i wsparli ich w modlitwie. „Czuję, że
jest w tej sali niewiara"! - krzyknął Allen.
Na co jakiś mężczyzna nerwowo poderwał się z
krzesła i wyszedł trzaskając za sobą drzwiami. Po chwili
niewidomy górnik odzyskał wzrok.
Przez 4 i pół roku Allen podróżował po USA jako
przebudzeniowy ewangelista Assemblies of God. Był to trudny okres w życiu
Allenów, opiekowanie się czwórką dzieci, długie miesiące
nieobecności męża i jego niskie zarobki były powodem wielu frustracji Lexie.
Dlatego też wielką radość im obojgu przyniosła
wiadomość o przeprowadzce do Corpus Christi w stanie
Texas, gdzie Allen miał zostać pastorem największego w okolicy kościoła Assemblies of God.
Pastor czy ewangelista?
Rodzina Allenów bardzo szybko zadomowiła się w Texasie. Pokochali swój
nowy kościół, odnajdując się na nowo zarówno w
swym powołaniu, jak i małżeństwie. Allen z ogromnym entuzjazmem przystąpił do realizacji bardzo ambitnego planu. Jego wizja w pełni go pochłonęła.
Chciał stworzyć kościół operujący we
wszystkich darach Ducha i mający
rozbudowaną służbę ewangelizacji.
Wkrótce jego marzenie zaczęło się spełniać:
nowonarodzonych było tylu, że budynek kościelny stawał się
za ciasny, miał rozrastającą się grupę dobrze wyszkolonych współpracowników i tylko dni dzieliły go od stworzenia chrześcijańskiej rozgłośni radiowej, co przez lata było jego największym pragnieniem.
Wtedy przyszedł moment
na wielki cios. Tego dnia wrócił do domu tryskając wręcz energią. Na następny dzień zwołał specjalne spotkanie kierownictwa
kościoła, na którym miał omówić ze swymi współpracownikami nowe elementy swojej
wizji, w tym przede wszystkim kwestię
radia. Był pewien, że i tym razem spotka się z ich radosną aprobatą.
Jak
się nazajutrz okazało jego współpracownicy
postawili stanowcze veto, odrzucając jego plany.
Stwierdzili, że owszem, pomógł im w zbudowaniu
wspaniałego kościoła, ale teraz potrzebują odpoczynku i dalsze wysiłki mogłyby
przynieść więcej szkód, niż pożytku.
Allen był zdruzgotany. Gdy wrócił do domu nie powiedział nic żonie. Za wszelką ceną starał się zamaskować swój ból. Gdy Lexie obudziła się w środku nocy usłyszała
dobiegające z drugiego pokoju szlochanie. Myślała, że
być może Allen wstawia się za kimś w modlitwie. Lecz gdy wszedł do sypialni ciągle nie mogąc powstrzymać się od płaczu Lexie zaniepokoiła się. Gdy w końcu
poznała całą historię, zdała sobie sprawę jak bardzo był rozbity. Gdy składał swą rezygnacje czuł, że już nigdy nie
będzie mógł głosić. Kilka dni później
wyjechał wraz z rodziną na
kilkumiesięczne wakacje. Jak się okazało kościół nie
zgodził się na jego odejście, tamtejsi wierzący zobowiązali się pokryć
wszystkie koszty związane z jego wyjazdem i
ewentualnym leczeniem. Sądzili, że jest przepracowany. Kierowani współczuciem i troską zaproponowali mu przedłużony pełnopłatny urlop. Jak się okazało po tygodniu wrócili, a sytuacja zamiast się polepszać
znacznie się pogorszyła. Allen nie był
już tym samym człowiekiem.
Roberts Liardon, autor obszernej biografii Allena, w
rozdziale poświęconym temu etapowi w jego życiu, przedstawił kilka bardzo
celnych moim zdaniem, uwag. Liardon zauważa, że
powołaniem Allena nie była funkcja
pastora, lecz ewangelisty. Jego namaszczenie, dar od Boga obejmował
niesienie ewangelii grzesznikom, stąd jego
pasja i entuzjazm Stąd też jego wielkie zranienie. Według Liardona Allen poszedł na kompromis ze swym niebiańskim powołaniem, wybierając ziemskie bezpieczeństwo. I nic w tym dziwnego, chciał być
ojcem dla swych dzieci. Gdyby Allen
przed wyjazdem do Corpus Christi
szukał w modlitwie innej drogi, zapewne nie doszłoby do tego emocjonalnego kryzysu w jego życiu.
Głos uzdrowienia
W
roku 1949 zaczęły docierać do Allenów pierwsze wieści z namiotowych spotkań ewangelizacyjnych, które były początkiem przebudzenia uzdrowieńczego. Allen traktował to wszystko „z przymrużeniem oka". Gdy czytał „Głos uzdrowienia", gazetę,
która wypłynęła na fali tego
nowego przebudzenia, rozśmieszał go fanatyzm jego
liderów. Rzeczywiście, ludzie ci nie błyszczeli erudycją. Przeciętny, prowincjonalny pastor pięćdziesięcio-osobowego zboru, jak zauważa Liardon, był w tamtych czasach zazwyczaj bardziej elokwentnym i lepiej wyedukowanym teologicznie kaznodzieją. Mimo to, cuda działy się na spotkaniach prowadzonych przez to nowe,
młode pokolenie ewangelistów. Tam też przychodziły
coraz większe tłumy ludzi. To wszystko, potęgowało niechęć Allena.
Dlaczego zamknął się na to nowe poruszenie Ducha
Świętego? Myślę, że bez trudu można się tego domyśleć. Otóż ci ludzie robili
dokładnie to, o czym on marzył i do czego zmierzał przez
kilka ostatnich lat swojego życia.
Gorycz niepowodzenia została spotęgowana wiadomością o powodzeniu
innych.
Niedługo potem po
długich namowach przyjaciół, zgodził się
odwiedzić jedno ze spotkań Orała Robertsa w Dallas. To, co zobaczył na miejscu było dla niego prawdziwym szokiem. Boża moc działająca przez tego
młodego farmera, Orała Robertsa, sprawiła, że czuł się tak jakby wehikułem czasu
przemierzył dwa tysiące lat i
znalazł się w czasach Dziejów Apostolskich.
Gdy przed jego oczami miały miejsce
kolejne cuda, Bóg przemawiał do jego serca: „Synu, 11 lat temu ujrzałeś
moją twarz ...11 lat temu powołałem cię do
takiej samej służby... Lecz ty
zawiodłeś mnie, nie zapłaciłeś ceny i nie oddzieliłeś się od tego świata. To, dlatego nie wypełniłeś
powołania, które otrzymałeś ...".
Płacząc jak dziecko, z podniesionymi w geście uwielbienia dłońmi, Allen wołał do Boga: „Panie, zrobię to!"
Nie
zwlekał długo z rezygnacją z funkcji pastora w Corpus Christi, choć nie zerwał swych powiązań z tym kościołem. Został on bazą dla jego nowej służby ewangelizacyjnej. Dwa tygodnie później telefon w jego domu nie przestawał dzwonić. W ciągu kilku dni otrzymał kilkadziesiąt propozycji poprowadzenia spotkań ewangelizacyjnych od pastorów z całych Stanów Zjednoczonych.
Po
trwającym 3 miesiące kryzysie, Allen ponownie, z nowym zapałem ruszył „do boju".
Gdy studiował daną mu przez Boga listę
zdał sobie sprawę z tego, że nie wypełnił jej do końca.
Zmarnował 11 lat!
W
maju 1950 roku Allen wysłał swój pierwszy reportaż, świadectwo z krucjaty w
Oakland w stanie Kalifornia, do redakcji
„Głosu uzdrowienia". Pisał tam:
„Wielu mówi, że jest to największe przebudzenie w historii Oakland. Noc po nocy, fale Bożej chwały przelewają się ponad całą kongregacją z taką mocą, że wielu otrzymuje uzdrowienie nie podnosząc się nawet ze swoich miejsc...".
W
1953 roku spełniło się jego największe marzenie, jego własny program „Allen Revival Hour" pojawił się na
antenie radiowej. Do 1955 roku był on nadawany przez
18 stacji radiowych w USA i 17 w Ameryce Łacińskiej. Wielotysięczne tłumy przychodziły na jego krucjaty
ewangelizacyjne w Meksyku. Odegrał on
również ogromną rolę w przebudzeniu na
Kubie, które wygasło w 1959 roku, po tym jak doszedł tam do władzy Fidel
Castro.
Allen był niezwykle widowiskowym kaznodzieją. Nie
powstrzymywał swojej radości, głosząc, zwykle przez kilka minut krzyczał, aby po
chwili mówić cichym szeptem. Okrzyki „chwała
Bogu!", głośna modlitwa językami,
radosne podskoki, czy też szalony taniec, były nieodłącznymi elementami
jego osobowości.
Wydarzenia z Knoxville
i świadectwo R. W.
Schambach'a
Pewnego wieczora pod koniec 1955 roku w Knoxville w stanie Tenessee, gdzie
Allen prowadził serię spotkań
przebudzeniowych, policja zatrzymała jego samochód.
Stwierdzono, że prowadził będąc pod wpływem alkoholu. Po wpłaceniu kaucji opuścił areszt, nie zjawiając się następnie na sprawie sądowej. Zresztą Allen nigdy
już nie pojawił się w tym stanie. Dla
wielu ludzi w Assemblies of God był
to jedynie dowód na to, że Allen tak naprawdę nigdy nie przestał pić. Bez wątpienia miał wielu wrogów. Incydent ten w sumie nigdy do końca nie został wyjaśniony. Według słów jednego z jego
współpracowników, Allen po wyjściu z więzienia powiedział swym znajomym, że tego dnia został porwany. Stracił przytomność, a gdy ocknął się znajdował się w
zadymionym pomieszczeniu, a ktoś
wlewa! Mu wprost do ust alkohol.
Roberts Liardon, wiedziony ciekawością, zwrócił się do R. W. Schambach'a,
obecnie jednego z największych ewangelistów,
a wtedy bliskiego współpracownika Allena. Schambach jako nastolatek przyłączył się do temu współpracowników Allena, na dzień przed incydentem
w Knoxville. Przez 6 lat przemierzył setki kilometrów jego służbą namiotową, po pewnym czasie stał się
jego „prawą ręką". Co najdziwniejsze,
ta wersja wydarzeń nie pokrywa się z poprzednią.
Schambach powiedział, że jechał tego dnia razem z
Allenem, w tym samym samochodzie! Jest na sto procent pewien, że był on trzeźwy, a wszystko to, było tylko i wyłącznie próbą zniszczenia jego dobrej reputacji.
„Allen był mężem Bożym" - wspominał Schambach -„Kiedy
podróżowałem z nim, spaliśmy nawet w tym samym pokoju. Nigdy nie zrobił nic, co byłoby niezgodne z Bożym Słowem. Był człowiekiem modlitwy i
człowiekiem cudów. Takim go znałem".
Na własny rachunek
W
1956 roku Allen otrzymał list od Rady Naczelnej Assemblies of God, gdzie poproszono go o zaprzestanie
publicznej działalności aż do wyjaśnienia całej sprawy.
Allen poczuł, że jego denominacja odwraca się od niego w chwili, gdy najbardziej jej potrzebuje. Wiedział, że rezygnacja w tym momencie byłaby równoznaczna z przyznaniem się do winy. Podobnie rzecz się miała
z ruchem „Głos uzdrowienia". Allen z
bólem opuścił obie organizacje,
stając się niezależnym ewangelistą.
Mimo tego posuwał się dalej do przodu. Jeszcze tego samego roku wydał pierwszy numer swojej własnej gazety „Miracle Magazine". Z miejsca ponad 200 tysięcy osób wykupiło prenumeratę. Równocześnie
założył własną denominację „Miracle Revival
Fellowship". Po roku
ordynował w jej ramach 500 usługujących.
Gdziekolwiek się pojawiał, działy się cuda. Gdy w czasie
krucjaty w Los Angeles nad namiotem pojawił się ogień, ktoś zawiadomił straż pożarną. Gdy przyjechały wozy strażackie, wszędzie był dym, ale nigdzie nie znaleziono ognia. Na jednym ze spotkań kobieta z ogromną nadwagą, po tym jak Allen włożył na nią ręce straciła na oczach tłumów 40% swojej wagi! Innym razem pewien mężczyzna słuchając Allena w radiu, doświadczył twórczego uzdrowienia. Odrósł mu, wcześniej chirurgicznie usunięty palec lewej stopy.
Wielokrotnie oskarżano Allena o szukanie taniej
sensacji i zbytnie dramatyzowanie. Szczególne
kontrowersje wywołał rozprowadzany przez jego służbę
zapis dźwiękowy z głosem opętanej kobiety. Mimo to jego służba rozkwitała.
W
1960 roku Allen otworzył kościół mogący
pomieścić 4 tysiące osób w miejscu, które nazwał Doliną Cudów. Planowano wznieść
tam budynki szkoły biblijnej i głównej kwatery jego
denominacji, a także studia
radiowe i telewizyjne, centrum edukacyjne i osiedle
mieszkaniowe. Do 1970 roku w Dolinie Cudów powstało niemalże całe
chrześcijańskie miasteczko. Niestety, po
jego śmieci zabrakło tam gospodarza. Po sztabie głównym służby Allena
pozostał jedynie kompleks pustych i nie
zagospodarowanych budynków. Dzięki staraniom
Robertsa Liardona wszystkie pamiątki, jakie odnaleziono tam 20 lat po
jego śmierci przeniesiono do „Revivelists
Library" (to takie chrześcijańskie archiwum - muzeum poświęcone pamięci przywódców dawnych przebudzeń -przyp. autora) w
Irvine w stanie Kalifornia.
Tragiczny koniec
Koniec lat sześćdziesiątych przyniósł szereg
niepowodzeń w życiu Allenów. Najpierw wytoczono mu proces w związku z zaległościami podatkowymi. Poza tym
stopniowo podupadał na zdrowiu, cierpiał na artretyzm.
Przeszedł operację kolana. Od 1967 był w separacji z Lexie. Coś złego zaczęło się dziać w życiu Allenów w ostatnich latach przed jego śmiercią.
Zmarł 11 listopada 1970 w San Francisco, gdzie miał spotkać się ze swoim lekarzem w sprawie drugiej operacji. Według raportu Coronera powodem jego śmierci był intensywny alkoholizm i zbyt duża ilość tłuszczu w wątrobie. Wskazywało by to na wersje wrogów, Allena. Więc czy rzeczywiście przez całe życie był on
alkoholikiem?
Według Liardona dalsza
analiza tych faktów może poprowadzić nas do
zgoła innych wniosków.
Allen w związku ze swoją chorobą musiał brać
mnóstwo leków przeciwbólowych. Gdyby rzeczywiście był chronicznym alkoholikiem, jego lekarz, zajmujący się nim przez kilka lat, aż do jego śmierci, za nic nie
przepisałby mu tak silnych lekarstw. W
połączeniu z alkoholem mogłyby one spowodować
nawet śmierć. Druga rzecz to wyniki badania jego krwi po zgonie, które nie
wykazały obecności żadnego z przepisanych mu
lekarstw. Mimo tego, że zabrał je ze sobą do
San Francisco. Z opowieści jego
współpracowników wynika, że nie znosił on tych wszystkich lekarstw, działały otępiające i w żaden sposób nie mógł będąc pod ich wpływem głosić. Poza tym podobnie jak alkohol, uzależniają. W takim
wypadku, jak sugeruje Liardon,
alkohol mógł być wykorzystywany przez
Allena jako środek przeciwbólowy. Jest to często stosowaną praktyką przez ludzi chorujących na artretyzm.
Rzeczywiście, łatwo jest osądzać kogoś takiego jak Allen, gdy jest się
kompletnie zdrowym. Allen cierpiał do tego
stopnia, że każdy ruch sprawiał mu ból. Wiec czy uzależnienie się od środków przeciwbólowych, które podobnie, lub nawet bardziej niż alkohol wprawiają człowieka w otępienie, było lepszym rozwiązaniem?
Następna
rzecz to słowo
„acute alcoholism", czyli „intensywny
alkoholizm", pojawiające się w raporcie coronera nie jest bynajmniej
równoznaczne ze słowem „chroniczny". „Acute"
w terminologii medycznej oznacza „nagły", „gwałtowny". A nie, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka, „chroniczny". Liardon w swoich
badaniach związanych ze zgonem Allena konsultował się
z wieloma lekarzami. Stan jego wątroby według ich ekspertyz wskazywał raczej na tzw. „okazjonalny alkoholizm". Wynika z tego, że Allen w ostatnich
dwóch, może trzech latach swego życia sięgał po alkohol tylko wtedy, gdy najbardziej dokuczał mu ból.
Liardon podsumowując wydarzenia tego tragicznego
dnia stwierdza, że najprawdopodobniej Allen próbując wyzbyć się bólu wypił tak dużo, że nie wytrzymała tego jego wątroba. Jak było naprawdę? Wersja przedstawiona przez Robertsa Liardona wydaje się mi najbardziej prawdopodobna.
Podsumowanie
Nie
jest rzeczą łatwą podsumowywać życie kogoś takiego jak Allen. Pracując nad jego biografią skupiłem się przede wszystkim na tym, aby to, co
piszę było jak najbliżej prawdy. Nie
sposób stwierdzić, że we wszystkim miałem rację, tak samo jak nie sposób pod względem wiarygodności ocenić
pracę Robertsa Liardona, która była dla mnie głównym źródłem informacji na temat
A. A. Allena.
Czy był osobą o nieskalanej moralności? Nie wiem. Za to jednego mogę być pewien Był potężnym narzędziem w rękach naszego Stwórcy. Poprzez jego usługę tysiące osób doznało Bożego dotknięcia. To jest faktem niekwestionowanym. Faktem jest również to, że popełniał błędy. Lecz szczerze mówiąc, kto z nas ich nie popełnia?
Robert Michalski
Żródlo: "God's Generals", Roberts Liardon, Albury Publishing, Tulsa (USA)