|
Przywódca
przebudzenia,
które mogło
potoczyć się
inaczej |
|
|
Człowiek, który w pracy dla Boga, całkowicie się
zagubił.
Powstało
wiele opracowań na
temat przebudzenia
walijskiego i Evana Robertsa.
Jednak większość z nich kończy się w
okolicach 1906 roku i co do reszty
jego życia zapanowała prawdziwa „zmowa milczenia". To jak wyglądało życie ojca
walijskiego przebudzenia po roku 1906 nie jest wygodne dla
tych, którzy widzą w tym poruszeniu początek ruchu zielonoświątkowego i dziś stanowią jego cześć. Roberts Liardon w swej biografii sięgnął „poza zasłoną" i przeanalizował upadek oraz dalsze dzieje Evana
Robertsa.
Jako dziewięciolatek
pracował w kopalni
Evan John Roberts urodził się
8 czerwca 1878 roku w Południowej Walii. Wychował się w oddanej Bogu, metodystycznej
rodzinie. Jego rodzice mieli renomę uczciwych, pracowitych
i
pobożnych ludzi. Każdy w jego
rodzinie,
miał swoją własną,
podniszczoną w wyniku
częstego używania, Biblię. Byli to
prości ludzie o niezłomnych charakterach. Gdy pewnego dnia
jego ojciec złamał nogę w kopalni, nie mogąc poradzić w pracy, zabrał ze szkoły do pomocy małego Evana. Miał wtedy 9
lat, pracował w kopalni i nigdy nie
narzekał. Niedługo po tym jak nauczył
się czytać, podobnie jak reszta
członków jego rodziny zaczął uczyć się
biblijnych wersetów na pamięć. Gdziekolwiek był, zawsze miał ze sobą Biblię.
Nawet w kopalni, miał zwyczaj
wpychania jej w jakiś otwór w ścianie tunelu gdzie pracował.
Pewnego dnia
pod ziemią
wybuchł pożar. Ogień strawił
wszystko poza Biblią Evana.
Jedynie końcówki stron było
lekko
przypalone, Wydarzenie
to wywarło mocne wrażenie na
jego kolegach z kopalni. Dla
nich to był prawdziwy Boży cud.
Roberts miał zwyczaj podawać
każdemu ze swych
towarzyszy werset biblijny do rozważania. Po
końcu pracy odpytywał ich jak
zrozumieli zadany im na dany dzień
werset.
Evan był inny
od swoich rówieśników nie pociągały go
typowe dla nich rozrywki. Pracował w
kopalni a potem szedł na
wieczorne
spotkanie w swoim kościele
Moriah Chapel.
Był
to metodystyczny zbór przywiązany do surowej kalwińskiej
doktryny gdzie za główne cnoty
uważano
zdyscyplinowanie,
uczciwość i ciężką
pracę. W czasie gdy koledzy Evana byli pochłonięci randkami i potańcówkami, on spędzał czas na rozważaniu z innymi wierzącymi Bożego Słowa. Wkrótce starsi
w
kościele dostrzegli jego pasję
i
postanowili powierzyć mu prowadzenie
spotkań biblijnych dla
młodzieży.
Objawienie i przemiana
Ludzie nie rozumieli tego co
działo się wówczas z Evansem. Wielu, wliczając w to
wierzących, widziało w nim jakiegoś
nawiedzonego mistyka. Evan
często zaczytywał się w Słowie
zapominając o całym świecie.
Czasami widywano go na drodze
„w czymś co wyglądało jak
trans". Kiedy pytano go o te
dziwne stany w jakich był widywany, odpowiadał bardzo prosto:
„Dotknął mnie Duch Święty".
Któregoś dnia koledzy zaprowadzili go do pewnego specjalisty
od psychologii. Diagnoza była jasna:
Religijna mania.
Ludzie nie
rozumieli metod
usługi Evana. Jeden z jego przyjaciół
tak wspominał spotkania
prowadzone przez niego: „Zaczynaliśmy od czytania słowa i modlitwy [...]. Potem Evan
zaczynał wołać i zanosić się
w Duchu. Nie
rozumiałem co
tym razem przez to
przekazywał
Bogu i jakaś święta bojaźń
powstrzymywała mnie przed zadaniem mu pytania o co w tym wszystkim chodzi". Z drugiej
jednak strony widzieli jaka moc
objawiała się w jego modlitwach
i to sprawiało, że nikt nie miał odwagi kwestionować jego, tak w końcu odmiennego od tego co znali, zachowania.
Wkrótce
zaproponowano mu przejście w służbę na pełen etat.
Głosił w różnych kościołach
w okolicy. Wszędzie gdzie
się pojawiał jego gorące poselstwo spotykało się z pełną akceptacją. W liście do jednego z przyjaciół napisał: „Modlę się o to, żeby Pan ochrzcił nas obu w Duchu Świętym". Pewnej nocy, jak opisuje Roberts Liardon, Boża
obecność w jego pokoju była tak silna, że zatrzęsło się jego łóżko. Od tego dnia ta Boża obecność pojawiła się
punktualnie, budząc go o pierwszej w nocy. Modlił się cztery godziny. Szedł spać o piątej i o dziewiątej wstawał
by modlić się do południa.
Złom nas Panie!
Już w
grudniu 1903 roku
Evan czuł w swoim sercu, że
Bóg
zaplanował wielkie przebudzenie w
Walii. Miał wtedy tylko 25 lat. Głosząc w Moriah
Chapel mówił: „Wyciągnąłem
rękę i
dotknąłem płomienia.
Cały płonę czekając na znak".
We wrześni
u 1 904 roku okolice gdzie mieszkał Evan odwiedził
prezbiteriański kaznodzieja
Seth Joshua. Wprawdzie Evan
o tym nie
wiedział, ale człowiek
ten od lat modlił się
o nowego
Eliasza, który wstrząsnąłby
całą
Walią. I tego dnia go spotkał.
Evan wysłuchał ze skupieniem
kazania. Kiedy Joshua na
końcu zaczął wołać w modlitwie: „Złam nas Panie"!, w sercu
Evana coś się poszło. Tego dnia odpowiedział na wołanie kaznodziei. Bóg potężnie się go dotknął. W październiku Evan
zobaczył w wizji wyciągniętą z nieba dłoń sięgającą po Walię. W momencie, w którym to miało miejscy był z
nim jego najlepszy przyjaciel, a później
wierny partner w służbie dla Pana Sidney Evans. Widząc tak inny
wyraz twarzy Evana,
który wpatrywał się w niebo, zdumiony
zapytał: „Co tam zobaczyłeś"'?
To był
okres gorącej i wytrwałej modlitwy w życiu Evana. Czuł w swoim sercu, że dojrzał do tego, żeby poświęcić całe swoje życie i wszystko co posiadał służbie niesienia Ewangelii Walijczykom.
Przebudzenie się zaczyna!
Evan rozpoczął
od spotkań
dla młodych ludzi, z którymi
podzielił się swoją wizją przebudzenia, które dotknie się całego narodu. Nie poddał się, gdy na
pierwsze spotkanie przyszło tylko kilkanaście
osób. Evan stosował nietypowe jak na tamte czasy metody głoszenia. Wymagał od słuchających
aktywności. Nie ograniczał się do
stania za kazalnicą jak czynili wszyscy
współcześni mu głoszący. Chodził po całym kościele i często
zadawał pytania słuchającym go
ludziom. Frekwencja na jego spotkaniach
rosła. Spotkania trwały coraz dłużej. Nieraz przeciągały się aż do północy. Od samego początku Evan
postawił głównie na modlitwę wstawienniczą o przebudzenie.
Na jego
spotkaniach pojawiało się wiele nietypowych
dla
kościoła tamtych czasów zjawisk:
Śmiech, płacz, taniec, radość. Na jednym ze
spotkań Evan podzielił się czterema zasadami w oparciu, o które miało przyjść
przebudzenie:
1.Każdy
grzech musi być
wyznany przed Bogiem i
odpokutowany. Kościół musi zostać oczyszczony. Oblubienica Pana musi być bez
skazy.
2.Wierzący muszą odrzucić wszelkie ukryte grzechy. Aby było to możliwe, każdy musi dokonać głębokiej pokuty prześwietlając swoje
życie i badając swoje motywacje.
3.Każdy musi
publicznie
wyznać Jezusa swoim Panem.
Chrześcijaństwo ma stać się stylem życia, a nie jedynie małym do niego dodatkiem.
4,Wierzący muszą być bezwarunkowo posłuszni Duchowi Świętemu.
Wkrótce
wydarzeniami
w Moriah
zainteresowały się gazety. Duch przebudzenia ogarniał coraz to szersze kręgi walijskiej
społeczności. Nawrócone prostytutki
przyłączały się do grup studiujących Biblię, a stali bywalcy barów przestawali przepijać swoje zarobki stając się odpowiedzialnymi
mężami i ojcami. W całym kraju zamykano puby i kina. Dlaczego? Bo zaczynały świecić pustkami...
Człowiek
schodzi
na drugi
plan
Kiedy
przychodzi ze swoją
mocą Bóg, człowiek musi
zejść na drugi plan. Evan
Roberts był
osobą o wielkiej pokorze. Owszem,
potrafił być ostrym kaznodzieją.
Kiedy głosił, mówił z autorytetem. Wiedział,
że jego zadanie jako sługi Bożego nie polega na tym, żeby dać ludziom słowo, które im się spodoba. Nie chciał być jak aktor, którego talent oceni wybredna widownia. Nie obchodziło go
to, co mówił człowiek. Jego jedynym krytykiem i sędzią był Bóg. A jego
rolą jako kaznodziei było: Dać ludziom nie
to, co chcą usłyszeć ale to, co chce powiedzieć im
Bóg. I to było jedną z
tajemnic jego sukcesu.
Kiedy jego
imię pojawiło się na ustach ludzi w całej Wielkiej
Brytanii Evan od razu usunął
się na bok. To nie sława była jego celem. Stanowczo sprzeciwiał się kiedy próbowano ogłosić go przywódcą walijskiego przebudzenia, a nawet nie zgadzał się na fotografowanie.
Bardzo podoba mi się co na ten temat napisał Rick Joyner: „Prawdziwe poruszenie
Boże nie jest zależne od zaopatrzenia w
pieniądze, organizacji czy reklamy. Prawdziwe przebudzenie przychodzi tylko wtedy, gdy słup ognia
czyli obecność samego Boga podnosi się i porusza. Próba organizacji, promocji czy sprzedaży Bożego poruszenia
jest profanacją w najgorszej postaci. Historycy będą później pisać, że najbardziej
zadziwiającą cechą przebudzenia w
Walii był brak komercjonalizmu". [...] Większość ludzi
przychodziła, aby spotkać Boga, a nie supergwiazdę.
Niedługo
spotkania zaczęły
przeciągać się do
czwartej, a czasem nawet do szóstej rano.
Przebudzenie nie ograniczało się do miejsc, w których głosił Evan. Jego służba ograniczała się do dwóch sąsiadujących hrabstw. Przebudzenie objęło ich aż dziesięć. Do wielu z tych miejsc Evan nigdy nie dotarł. To był samoistny proces. Ludzie dotknięci przez Boga na spotkaniach Evana przenosili
ogień przebudzenia do innych miast,
miasteczek i wsi. Oto jak Rick Joyner w swoim artykule „Przebudzenie"
opisał na podstawie materiału
historycznego jedno z typowych
spotkań z tego okresu: „W tę poniedziałkową noc, prawie każdy
obecny był poruszony do łez, wielu krzyczało
z bólu. Około północy obecność Pana
stała się tak intensywna, że prawie
nie można był jej wytrzy
mać. Ludzie
nigdy nie doświadczyli tak
głębokiej pokuty. Płacz
i krzyk
tych, którzy widzieli
swoje grzechy, był
prawie nie do
odróżnienia od płaczu i
krzyku tych, którzy doświadczali ekstazy
bliskości Boga. Dopiero około trzeciej
nad ranem można było uczynić pierwsze próby
zamknięcia spotkania".
A oto
cytat z lokalnej prasy:
„W Loughor ma miejsce znaczące
przebudzenie religijne. Od
kilku dni
pewien młody człowiek, mieszkaniec Loughor, nazywający
się Evan Roberts, zadziwia
ludzi w kaplicy w Moriah. Miejsce to jest pełne ludzi. Nie wszyscy są w stanie do kaplicy. W mieście panuje wielkie podniecenie. Ulica, przy której
Kaplica Moriah
usytuowana jest kaplica,
jest pełna ludzi stojących w kolejce.
Roberts, który mówi po walijsku,
otwiera swoje dysputy od
stwierdzenia, że nie wie o czym
będzie mówił, ale gdy tylko wejdzie w
społeczność z Duchem
Świętym, przekaże jego
mądrość. Już po krótkim czasie głosiciel zaczyna bardzo żarliwie
i w sposób nieopanowany wygłaszać swoje poselstwo. Jego
słowa wywołują natychmiastową reakcję u słuchaczy. Wielu
z tych, co odeszło od chrześcijaństwa,
powraca teraz do wiary. Entuzjazm
wywołany słowami Robertsa jest tak wielki, że po jego kazaniu, które trwało dwie godziny, cały tłum pozostał na miejscu modląc się i śpiewając aż do trzeciej nad ranem. Sprzedawcy
wcześniej zamykają sklepy, żeby
zdążyć jeszcze zająć sobie miejsce w kaplicy. Hutnicy przychodzą na spotkania
w swoich roboczych uniformach prosto z pracy".
Po ulicach płynął duch
przebudzenia jak wielka powódź.
Tysiące osób angażowało się
w ewangelizację uliczną. Często
ci, którzy weszli do baru „na jednego", po wizycie grupy ewangelizacyjnej zostawiali po sobie
niedopite trunki i szli do kaplicy. Nawracały się
gwiazdy narodowej
dyscypliny
sportowej w Walii piłki nożnej.
Czynnie
brali
udział w spotkania, w wielu z nich
składało publicznie świadectwo
swojego spotkania z
Bogiem.
W pewnym momencie zawieszono rozgrywki walijskiej ligi co
wcześniej, ani
później było nie do pomyślenia.
To wszystko nie działo się dlatego,
że z kazalnic głoszono przeciwko piłce nożnej. Po prostu w pewnym momencie ludzie (włączając w to samych piłkarzy) przestali się nią interesować. To co ich teraz pochłaniało to modlitwa i zdobywanie duś/.. W kopalniach pojawił się problem z końmi, które nie rozumiały komend wydawanych w nowy sposób, czyli bez przekleństw. W sklepach ciągle brakowało Biblii tak wielki był na nie popyt.
Roberts Liardon stwierdził,
że obecność na spotkaniu Evana Robertsa to było przeżycie ponadnaturalne. Ludzie,
dzięki
niemu, zdawali sobie sprawę z istnienia
świata duchowego. Jego usługa szczególnie
dotykała świętości i czystości w codziennym
życiu.
Evan operował
w darach Ducha Świętego z dużą swobodą. Potrafił przerwać nagle kazanie. I wskazać palcem, na którą część sali mówiąc: Jest
tam osoba, która potrzebuje upamiętania. Najczęściej
natychmiast ktoś w tamtym miejscu
padał na kolana i z płaczem wyznawał
swoje grzechy. Czasami to personalne
wezwanie łączył z wymienieniem grzechu z jakim
dana osoba miała problem. Zdarzało się też, że Evan wstawał i mówił: „Duch Święty nie
może być teraz z nami". Po czym
opuszczał to spotkanie bez słowa.
Od przebudzenia do
zamieszania
Najpierw dało o sobie znać
zmęczenie. Evan przez pierwsze
dwa
miesiące przebudzenia spał
po dwie lub trzy godziny i
bardzo mało jadł. W końcu nawet Bóg
stwarzając świat siódmego dnia
odpoczął. Oczywiście Stwórca nie
zrobił tego dlatego, że
się zmęczył. Czyniąc to pokazał nam, że odpoczynek bez względu na okoliczności, dopóki naszym domem są nasze niedoskonałe ciała
jest niezbędny. Dlatego musimy pamiętać o
zachowaniu właściwych proporcji
w służbie Bogu i odpoczynku, który
potrzebny jest naszym ciałom. Każdy,
kto służy Bogu, zauważa
Liardon, musi pamiętać, że nie
sposób podążać za Bogiem i słuchać jego głosu kiedy jest się wyczerpanym
fizycznie.
Tymczasem
Evan nie potrafił
znaleźć czasu nawet na chwilę odetchnięcia. Wszędzie podążały za nim tłumy. 22 lutego
|
Evan Roberts z przyjaciółmi |
1905 roku Evan w końcu
ogłosił tydzień odpoczynku. Przez siedem dni nie spotykał się z nikim i w zasadzie nie opuszczał sypialni. Po powrocie Evan
głosił z nowym zapałem. W późniejszym czasie wielokrotnie znikał na kilka
dni oddając się samotnej modlitwie.
To właśnie w 1905 roku pojawiły się pierwsze symptomy problemów Evana. Pewnego
dnia zwierzył się swojemu przyjacielowi Sidneyowi Evansowi, że wśród
wielu głosów, które słyszy czasami
nie może odróżnić tego, który należy do Boga. Coraz częściej zdarzało mu
się nie przychodzić na
organizowane
spotkania. Często setki osób opuszczało
kościoły nie widząc głównego mówcy. Na
jedno z nich przyjechała jego
sekretarka odczytując z kazalnicy list od Evana. Brzmiał on tak: „Powiedz ludziom, że nie przyjdę na to spotkanie, bo
Duch Święty mi na to nie pozwala". Grono rozłoszczonych i niezadowolonych powiększało się z dnia na dzień. Pojawiły się zarzutu o hipnozę i okultyzm.
Na
spotkaniach coraz częściej pojawiały się
oskarżenia
o „rozniecanie fałszywego
ognia", „profanacje" itp. Do tego
jeszcze doszły dziwaczne kazania, w których
głosił, że chce mieć udział w
„cierpieniach Mistrza". Czasami
zaczynał spotkanie w typowy dla
siebie delikatny i spokojny sposób, a następnie
przechodzi ł totalną metamorfozę i agresywnie oskarżał
słuchających o niewłaściwą postawę serca.
Wszystko to,
doprowadziło
Evana Robertsa do załamania
nerwowego. Przebudzenie zaczęło
wygasać. Coraz więcej
niedawno nawróconych
zastanawiało się czy przypadkiem nie padło ofiarą manipulacji. Wielu
ze zgorszeniem odchodziło od
wiary. Nie wytrzymując napięcia Evan usunął się na bok na dłuższy okres.
Duch Jezebel
Gdy
Evan wrócił do służby
początkowo wydawało się, że
również wrócił do niego
dawny
duch przebudzenia. Ponownie
wszędzie chciały go słuchać niezliczone tłumy. Wszystko
wydawało się wracać do normy, gdy
na jego drodze pojawiła się Jessie Penn Lewis.
Ciężko stwierdzić jak do tego doszło, ale kobieta ta zupełnie zdominowała Evana. Zasugerowała mu, że jego problemy są efektem niewłaściwych przyjaźni. Zaproponowała mu zamieszkanie w jej domu w Anglii i odcięcie się od wszystkich bliskich
mu dotychczas osób. W jakiś dziwny
sposób lessie Penn Lewis
osiągnęła niesamowitą władzę nad Evansem.
Jak
można
wywnioskować
z niedawno odkrytych listów Pen
Lewis miała pewne ukryte zamiary co do Evana. Jego obecność u jej boku pozwalała osiągnąć jej znacznie więcej. Wszystko wskazuje na to,
że używała jego nazwiska do
promowaniu swoich własnych,
niekoniecznie biblijnych nauk.
Evan
bezkrytycznie przyjmował jej sugestie.
Zrywając wszelkie kontakty z Walią
zamieszkał
w jej angielskiej
posiadłości.
Państwo Penn Lewis
dostosowali cały swój dom do potrzeb
Evana. Miał tam
swoją własną
sypialnie, pokój modlitewny,
a nawet wybudowano mu osobne schody. W pewnym sensie
stał
się więźniem w złotej klatce. Wszystko to wyglądało tak, jakby sam diabeł odciągnął kluczową postać
przebudzenia od miejsca jego powołania i w ten sposób szybko je ugasił.
Penn Lewis
spędzała dużo czasu z Evanem. Długo tłumaczyła mu w czym tkwiły jego
błędy, a zagubiony Evan z pokorą przyjmował każdą jej sugestie.
Nie potrafił odróżnić prawdy od tego co było osobistymi opiniami tej kobiety. I tak wielki ewangelista zupełnie zboczył z
drogi swego powołania.
Państwo Penn Lewis
nie
pozwalali na spotkania z nim
żadnemu z walijskich przyjaciół.
Nie powiedziano mu nawet
o
chorobie jego matki. Gdy do
ich
posiadłości przyjechał ojciec
Evana, to nie państwo Penn
Lewis, a on sam powiedział mu,
że nie
chce się z nim widzieć.
Dlaczego? Miał on wtedy powiedzieć, że, jest oddzielony do
wyższych duchowych celów
i dlatego powinien zapomnieć
o swoich więzach krwi".
W tym miejscu Liardon
umieszcza
niezwykle cenną
uwagę. Pisze, że bez względu
na
okoliczności w jakich się znajdujemy nie powinniśmy zrywać
naszych więzów krwi. Jeśli odcięcie się od
rodziny uzasadniamy służbą dla Boga
to popadamy w herezje. W końcu jedno z dziesięciu przykazań mówi: „Szanuj ojca swego i matkę swoją". Nasz rodzinny dom zawsze powinien być miejscem schronienia. Jest to potrzebne aby
w sytuacji gdy odwracają się od nas ludzie, nasza rodzina mogła być dla nas oparciem. Szczególnie gdy wychowaliśmy się w
chrześcijańskich domach.
Zwiedzenie i porażka
Tymczasem w
Walii zapanowało ogromne rozgoryczenie.
Tysiące wierzących nie mogło pojąć dlaczego ich przywódca, ten którego podziwiali i który wprowadził ich w to wielkie przebudzenie ot tak po prostu zdezerterował. Byli jak owce, którym zabrano pasterza.
W
1913rokuPennLewis
wydała swoją książkę
„War on
the Saints".
W powszechnym
mniemaniu
uważa się, że książkę tą napisała wspólnie z Evanem. Ale na okładce umieściła tylko swoje nazwisko. Jak
podsumował tę publikację Roberts Liardon? Oto jego opinia: „Miało to być głębokie opracowanie dotyczące duchowej strony życia wierzących. W rzeczywistości jedyne co ta książka oferowała to
głębokie zamieszanie ...". Nawet dziś publikacja ta jest dostępna w internecie zarówno w
języku angielskim jak i polskim.
Już rok później Evan w rozmowie z
przyjacielem przyznał, że nie była to
„zdrowa" książka. Jednak faktem jest
również to, że przez lata izolacji w
domu Penn Lewis Evan mówił bardzo różne rzeczy i zdarzało mu się
zmieniać zdanie również co do „War on the Saints". Sam przetłumaczył na język walijski ową publikację.
Jak napisał Liardon: „To jest
szokujące, jak ktoś, kto
był duchowy przywódcą narodu i był
wypełniony mocą Ducha Świętego,
niedługo potem zostaje
zupełnie zdominowany,
zmanipulowany i zwiedziony. Biblijna historia Eliasza i Jezebel
oraz
Samsona i Dalili ciągle się powtarza".
W izolacji
Co
ciekawe wybrani wcześniej przez Penn Lewis
specjaliści, którzy sprawowali „opiekę" nad Evanem orzekli, że już
nigdy nie będzie mógł głosić. On
w to
oczywiście uwierzył. Ograniczał
swoją służbę jedynie do
doradztwa
duchowego i jak
twierdziło wielu był w tym
bardzo dobry. Evan
spędził w domu
Pen Lewis osiem
długich lat.
Wspólnie odcinali się od powstającego ruchu zielonoświątkowego. Uważali charyzmatyków
za zwiedzionych uczniów
diabła.
Nawróceni w czasie przebudzenia
walijskiego nie rozumieli jak to możliwe,
że ich przywódca nie tylko
zdezerterował,
ale również wypierał się wszystkiego co wcześniej głosił.
Pozostaje wiele pytań co do
tego
okresu. Nikt nie potrafi
sprecyzować jaka relacja łączyła tych dwoje. Co trzymało tyle
czasu tego młodego ewangelistę
w domu owej starszej kobiety? Dlaczego po
wyzdrowieniu nie wrócił do domu? Czy
to jego stan psychiczny sprawił, że
ten dom stał się jego strefą bezpieczeństwa?
Dlaczego w tym czasie jedynym miejscem, w którym Evan Roberts
chciał być była jej posiadłość?
Jedno jest
pewne, Penn Lewis
wykorzystała sławę Evana do „wypłynięcia na szerokie
wody" służby. Dzięki niemu na
organizowane przez nią konferencje
przyjeżdżały setki słuchaczy, a jej
magazyn prenumerowało kilka tysięcy
osób na całym świecie.
Przebudzenie znów?
Do końca
nie wiadomo jak
i dlaczego Evan rozstał się
z Penn Lewis.
Pewnym jest,
że w 1919 roku przeniósł
się do
Brighton w Anglii. Próbował
pisać ale wszystko co stworzył
było
pełne chaosu. Odnowił korespondencyjny kontakt ze swoimi
przyjaciółmi i rodziną
w Wali. W listach prosił
ich
o wybaczenie.
Walijczycy czuli się urażeni tym co pojawiło się w książce „War on
the
Saint". Jednak jak mogli nie wybaczyć komuś takiemu
jak Evan Roberts? I tak w
końcu wrócił do swojej ojczyzny. W
1926 po raz pierwszy od lat stanął za
kazalnicą. Słuchający go ludzi najpierw zdziwili się jego wyglądem mężczyzny w wieku średnim. W końcu przywykli do młodzieniaszka, który wprowadzał ich w obecność Ducha
Świętego.
Po
nabożeństwie nikt nie miał
wątpliwości.
To była ta sama
moc. To był ten sam Evan
Roberts i ten sam Duch Święty, który przez niego
ponownie dotykał się ludzkich serc. Walijczycy zaczęli mówić o nowym przebudzeniu.
Evan zaczął przemierzać Walię. Wszędzie gdzie
się pojawiał oblegały go tłumy. Starsi chcieli zobaczyć swojego bohatera sprzed lat, młodzi chcieli poznać tego, o którym tak wiele
słyszeli od swoich rodziców.
Rzeczywiście, na krótki okres
wybuchły małe przebudzenia
w
kilku miejscach w Walii. Według
naocznych świadków Evan operował w darach Ducha, modlił
się o chorych i prorokował. Miało miejsce wiele uzdrowień. Ale
widziano również jak napominał
tych, którzy w jego obecności próbowali modlić się w
innych
językach. Niektórzy twierdzą, że
Evan w końcu został zielonoświątkowcem,
ale nie ma na to
żadnych dowodów. Rok później
ponownie zniknął z życia publicznego. Tym razem na dobre.
Samotnik z wyboru
W 1931 roku
Evan był już
zupełnie zapomnianym człowiekiem. Ostatnie lata
swojego życia spędził na pisaniu
wierszy
i korespondowaniu z różnymi
ludźmi w służbie. Prowadził
dziennik, często chodził do teatru
i na imprezy sportowe. Zachorował w 1949
roku. W momencie śmierci miał 72
lata. Pochowano go 29 stycznia 1951
roku na przykościelnym cmentarzu Moriah Chapel. Miejsca, w którym głosił w mocy Ducha Świętego dziesiątki razy. Na jego pogrzeb przybyły setki osób, które pamiętały go jako duchowego ojca narodu, który pewnego dnia,
cały padł na kolana przed Bogiem.
Kiedy
pisałam tą biografię
jedna myśl nie dawała mi
spokoju.
Jak łatwo rozminąć się ze swoim powołaniem. Życie Evana Roberts pozostaje wielką zagadką. Ci którzy słuchali jego proroczego nauczania zanieśli ogień przebudzenia do wielu zakątków świat.*
Frank Bertleman
człowiek z Azusa Street, przed
przebudzeniem w Los Angeles z 1906 roku korespondował z Evanem. Liderzy tego przebudzenia zawsze podkreślali swój związek z przebudzeniem walijskim.
Inspirację z tego przebudzenia
czerpało setki pastorów, kaznodziei
i ewangelistów aż po dziś dzień. Warto
zadać sobie pytanie do jakiego miejsca
w służbie doszedłby Evan Roberts, gdyby w
momencie jego załamania nerwowego na
jego drodze stanął ktoś inny zamiast Penn Lewis?
Roberts Liardon podkreśla,
że
przebudzenie jest zbyt dużym ciężarem dla jednego człowieka.
Są tacy, którzy twierdzą, że Bóg
zaplanował dla Evana tylko
dwa lata publicznej służby,
a
jego powołaniem na resztę życia było
wstawiennictwo za narodami świata w odosobnieniu.
Jak zauważa Liardon, gdyby to była prawda to Evan umarłby jako
szczęśliwy człowiek. Tak jednak nie było. Wiersze, które po sobie pozostawił są pełne
ciemności, bólu i rozbicia. W wieku
sześćdziesięciu lat zadawał sobie
pytanie czy życie ma jakikolwiek sens. Odszedł jako samotny, niezrealizowany i poraniony człowiek.
Osobiście
wierzę, że Evan
Roberts
miał Boże objawienie. To
co go zgubiło to emocjonalna
strona jego osobowości. Nie potrafił sobie
poradzić sam z sobą. Stąd jego
ucieczka od świata. Dlatego tak łatwo poddał się „opiece" Penn Lewis. Widocznie jako młody człowiek szukał autorytetu, w którym mógł znaleźć oparcie.
Wchodząc w
służbę musimy dbać o to, aby obok nas znajdowali
się ludzie, którym możemy
zaufać.
Każdy z nas, póki nie
osiągnie dojrzałości
powinien
mieć duchowego ojca autorytet,
który będzie dla nas oparciem,
kogoś, kto otoczy nas
opieką i nie będzie miał w tym żadnych ukrytych motywacji. Nie powinniśmy lekceważyć naszych emocji. To,
że coś lub ktoś nas rani wcale nie oznacza,
że nie jesteśmy wystarczająco uduchowieni. Jako chrześcijanie musimy nauczyć się mówić o swoich emocjach otwarcie i wiedzieć z kim o nich możemy porozmawiać.
Rick
Joyner napisał, że opowieści o przebudzeni u walijskim przypominają mu jedno wydarzenie z Księgi
Jozuego. Kiedy wywiadowcy izraelscy
udali się obejrzeć Kanaan, a
później opowiedzieli Izraelitom o
cudownych rzeczach, które widzieli.
Przynieśli nawet owoc z ziemi
obiecanej, aby zaświadczyć ojej obfitości. Tak samo to przebudzenie jest tylko przedsmakiem
obfitości, którą Bóg chce dać
Kościołowi. Jeśli chodzi o przebudzenie
walijskie nie pozostaje mi nic innego
jak tylko powtórzyć za
Joynerem: „Kochani uwierzcie, Bóg zrobi to jeszcze raz! My musimy tylko przekroczyć Jordan i
zacząć zdobywać nasz
Kanaan"!
Robert Michalski